Autor Wątek: Karczma pod ,,Gitarą i piórem"opowiadania.  (Przeczytany 4563 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Leliel

  • Nowy Forumowicz
  • **
  • Wiadomości: 10
Karczma pod ,,Gitarą i piórem"opowiadania.
« dnia: 27.10.2004 15:56 »
Połyskująca kropelka wody ześlizgiwała się z płatka róży, ale jej miejsce zastępowała następna i następna, sycąc kwiatek życiodajną energią.
- Pijcie moje słodkie, potrzebujecie dużo wody. Musicie być piękne i silne. Pijcie.
- Witaj Smerfetko - Laluś, przechodząc obok jej domu, jak co dzień rana, witał się z nią i jej pięknym ogrodem.
- Witajcie różyczki - przechylił lusterko w bok, tak, by ujrzeć kątem oka piękno tych kwiatów
-  Witaj Lalusiu, piękny dziś dzień, prawda ?
- Tak piękny, te słońce podkreśla moje uroki - Laluś spojrzał prosto w słońce i odszedł nie zwracając uwagi na szeroki uśmiech na twarzy Smerfetki. Zawsze była dumna
ze swego ogródka, zawsze był doskonały, nawet dla Lalusia...

  Tego dnia na niebie pojawiły się niebieskie obłoczki, sunące po nim lekko, poganiane przez delikatny wiatr. Smerfetka przeczesała swoje włosy dłonią i podniosła swoją konewkę.
- Witaj Smerfetko, ale dziś uroczy dzień, wszystko gratuluje mojej urodzie. Nawet te chmurki wyglądają jak ja i są takie niebieskie jak ja.
- Witaj Lalusiu.
- Witajcie różyczki... - głos Lalusia dziwnie ze smutniał.
- Coś się stało ? - zapytała lekko wystraszona.
- Nic... tylko te róże... byłyby chyba ładniejsze gdyby były niebieskie. Niebieski jest najładniejszy, jest taki smerfny - mówiąc to wzruszył ramionami i odszedł kolejny raz nie przejmując się swoją rozmówczynią. Tym razem jednak Smerfetka nie była szczęśliwa; spojrzała z nieukrywanym smutkiem na swój ogródek i łkającym głosikiem
szepnęła - niebieskie ...

  Minęło trochę czasu od początku dnia. Ogrodnik zajmował się właśnie sadzeniem dyni, kiedy nadeszła wyraźnie zmartwiona Smerfetka.
- Dzień dobry Ogrodniku.
- Dzień dobry Smerfetko, co Cię sprowadza do mojego ogródka ?
- Szukam niebieskiej róży . Chyba tylko Ty możesz mi pomóc - Ogrodnik zaprzestał swojej pracy i spojrzał na nią z poważnym wyrazem twarzy.
- Nie ma niebieskich róż.
- Jak to nie ma... Muszą być ! Ja chcę niebieską różę. Na pewno potrafisz taką wyhodować - proszę, Ogrodniku.
- To niemożliwe
- Dlaczego !? - w głosie Smerfetki słychać było rozpacz.
- Świat jest uporządkowany, Niebieska jest woda, niebo, smerfy. Róże nie mogą być niebieskie. Przykro mi Smerfetko.
- Ale...
- Może Papasmerf coś poradzi, ja nie umiem...

  Smerfetka równie niechętnie jak niepewnie weszła do domu Papysmerfa.
- Słyszałem o Twoim problemie Smerfetko. Dlaczego chcesz żeby róża była niebieska ?
- Paposmerfie, ja ... chciałabym. Niebieska róża będzie piękna jak smerf.
- Mogę spełnić Twoje życzenie, ale nie będzie to proste. Żeby tego dokonać trzeba zmienić zasady Matki Ziemi. Coś musi oddać swój kolor żeby róża stała się niebieska.
- Jagody Paposmerfie...
- Nie Smerfetko. Jagody nie chcą stracić swojego koloru. Coś musi chcieć oddać barwy dla róży.
- Czy to znaczy, że, ja - w jej oczach pojawiło się przerażenie.
- Tak, musisz oddać SWÓJ kolor. Inaczej róża nie stanie się niebieska.
  W chacie zapanowała przeraźliwa cisza. Trwała niezwykle długo. Smerfetka z niepokojem myślała nad wyborem, a Papasmerf przyglądał się jej uważnie. W końcu wyprostowała się i spojrzała na Papę. W jej oczach lśniła pustka...
-Dobrze. Oddam swój kolor....

  Następny poranek był dla Smerfetki nieszczęśliwy. Słońce wpadało wesoło przez okna rozglądając się, za czymś,  co mogło by rozświetlić i ukazać światu piękno tej rzeczy.... Trafiło na różę w doniczce - piękną różę - niebieską jak smerf. Trafiło tez na Smerfetkę. Siedziała przed lustrem i patrzyła na swe dłonie i włosy, patrzyła na ubranko - było takie jak ona - białe !
Płakała....

...

  Płakała wiele dni... pielęgnując tylko swą różę... zmarnowała ogród... nie wychodziła na dwór... w końcu oddała za nią SIEBIE....

  Smerfetka wyniosła kwiatek na dwór. Usiadła na ławce przy domku i spojrzała na swój ogródek. Nie było go już. Wszystko porastały chwasty.

...
   
  Siedząc tak wiele godzin dojrzała gdzieś Lalusia. Krzyknęła z nadzieją.
- Witaj Lalusiu; spójrz na moją różę, patrz jaka piękna - Laluś nie przyglądając się zbytnio kwiatku rzucił : " nie mogę, idę przejrzeć się w większym lustrze. Pa Smerfetka"

  Doniczka wypadła z jej z ręki roztrzaskując się o ziemie, a niebieska róża połamała swą łodygę. Smerfetka już jednak tego nie widziała... biegła z płaczem...  
krzyczała. Krzyczała, że nie wytrzyma, nienawidzi tego świata... biegła i płakała...
Stanęła przed klombem smerfa Ogrodnika. Spojrzała z niedowierzaniem jak Laluś przechodząc obok zerknął na rosnące tam róże - były czerwone ! Nie mogła tego zrozumieć. Znowu zaczęła płakać. Potrzebowała pomocy - pobiegła do Papysmerfa.

  Papasmerf otwarł drzwi swemu gościowi i gestem zaprosił ją do środka. Nie zwracał uwagi na jej zmartwienie i łzy.
- Po co przyszłaś Smerfetko ?
- Paposmerfie, ja tak nie chcę. Chcę odzyskać swój kolor !
- Nie mogę. Oddałaś go róży. Teraz ona musi chcieć oddać go Tobie - Smerfetkę ogarnęła czarna rozpacz...

  Dlaczego !  -krzyknęła siedząc w swym domu i patrząc w lustro. Dlaczego ! Nic nie rozumiem, dlaczego !?

...

  Słońce powoli już zachodziło. Smerfetka smutno spoglądała za okno. Ktoś zapukał do jej drzwi.
- Proszę - odpowiedziała ze smutkiem w głosie.
  Do środka wszedł Papasmerf, spojrzał na nią i spytał surowym głosem : "czego chcesz Smerfetko ?"
- Chce odzyskać siebie Papo.
- Mogę to zrobić, ale zapamiętaj tę lekcję...

...

  Zapamiętała... Znów mogła się cieszyć z zakłopotania Lalusia patrzącego na jej piękny ogród.
Była SOBĄ...

Offline Bloody

  • Global Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 1343
Karczma pod ,,Gitarą i piórem"opowiadania.
« Odpowiedź #1 dnia: 28.10.2004 15:44 »
Bojmił

Kolejne krople z wolna opadały na wyściółkę lasu, światło odbijając się od nich tworzyło małe tęcze o milionach barw, świat przeżywał swój kolejny dzień, po raz kolejny od zarania dziejów... Czym więc ten różnił od poprzednich, a może tak naprawdę nie było w nim nic szczególnego, czy ów wydarzenie w żywocie całego świata nie powtórzyło się już setny raz, nikt nie jest w stanie stwierdzić, nawet najstarsze krzaty, a może i nawet sama matka Ziemia. Ów krople opadały z wolna jedna po drugiej okazując piękno, czas i naturę, rzeczy czasem równie proste co i niepojęte. Jedna z kropel rozprysła się na tysiące drobnych cząsteczek uderzając o skórzany czepiec leśnego wędrowca. Tenże wędrowiec w swym ręku trzymał łuk, a przy pasie jego był miecz. Całe jego ciało okrywało skórzane okrycie pod którym kryła się tunika o kolorze wiosny. Jego włosy jasne niczym słońce opadały na ramiona. Owa postać wędrowała przez las, przez wieczną puszczę. Czuła ona głód, z tegoż właśnie powodu, wyruszyła ona ze swej wioski by upolować jakąś zwierzynę. Czynności tej ów łowca dokonywał już wiele razy, jakież jednak było jego zdziwienie gdy ujrzał świeże ślady stworzenia które mogło mieć prawie trzy metry wzrostu i pazury długie na dziesięć centymetrów. Wiatr był niekorzystny, pewnie bestia już zwęszyła jego zapach, człowieczy zapach, zapach ofiary jego wiecznego głodu krwi...

Człowiek zaczął biec w odwrotnym kierunku jak mógł najszybciej, jednakże już po chwili gdy usłyszał za sobą trzaski łamanych gałęzi wiedział że jest to daremne i że historia jego życia zakończy się tutaj. Życie tak znaczące dla niego jest jednak tylko ziarnkiem dla losu świata. Przystanął i napiął swój łuk czekając aż ów stwór wyłoni się spośród krzaków, Strach powodował że owa chwila przemieniła się w wieczność, w umyśle wędrowca była ona dłuższa niż całe jego dotychczasowe życie, dłuższa niż czas trwania całej egzystencji dwunogów, czy to krzatów, ludzi, czy Stolemów. Potężne trzy metrowe cielsko wyłoniło się z zarośli i ukazało swej przyszłej ofierze, jego ciało było pokryte gęstym futrem, przednie łapy były zakończone potężnymi szponami które mogły rozpłatać ciało wędrowca na tysiące kawałków. Głowa bestii również nie wróżyła niczego lepszego, lekko wydłużona paszcza miała pełno pokaźnej wielkości zębów zakrzywionych do środka by raz złapany kawał mięsa na zawsze utkwił w szczęce. Jednak najbardziej przerażające były oczy, choć nie mogły one ni ugryźć, ni rozpłatać, ani zgnieść, to jednak ich wyraz pełen nienawiści, rządzy krwi oraz wszelkiego okrucieństwa napawały człowieka strachem potęgowanym przez purpurowy kolor oczu. Tylko śmierć, aż czuło się jej obecność. Szybko wystrzelona strzała trafiła bestię prosto w brzuch, jednak to że ofiara śmie się bronić Tylko ją rozwścieczyło. Szybki susem skoczyła w kierunku człowieka jednak ten zdołał uskoczyć, sięgnął po kolejną strzałę i napinając łuk wystrzelił błyskawicznie, obracając się w kierunku bestii, uczynił to równie szybko jak swój przeciwnik. Kolejna wbita strzała jednak nie ucieszyła już człowieka. Końcówka szponów sięgnęła go równocześnie z oddanym przez niego strzałem, cały las poczerniał i zalał się krwią. Czuł jeszcze tylko jak upada.

Bestia zawyła gdy strzała wbiła się w jej klatkę piersiową, choć szybko ucichła gdy po chwili zrozumiała że jej ofiara jest już martwa, zaczęła obwąchiwać ofiarę upajając się zapachem krwi, szorstkim językiem zakosztowała jej smaku, była ona dla niej niczym woda dla spragnionego, gasiła jej pragnienie powodując chwilę słabości która spowodowała że nie zauważyła gdy miecz w dłoni człowieka unosi się i zadaje jej śmiertelny cios. Ryk bestii rozniósł się po całej puszczy. Potężne cielsko upadło na słabe już ciało wędrowca, przygniatając go. Jednak on owego ciężaru długo na sobie nie odczuwał tracąc po chwili przytomność, na wieki jak sądził...

Kolejne krople z wolna opadały na wyściółkę lasu, światło odbijając się od nich tworzyły mini tęcze o milionach barw, świat przeżywał swój kolejny dzień, po raz kolejny od zarania dziejów, czym więc ten różnił od poprzednich, a może tak naprawdę nie było w nim nic szczególnego czy ów wydarzenie w żywocie całego świata nie powtórzyło się już setny raz, nikt nie jest w stanie stwierdzić, nawet najstarsze krzaty, a może i nawet sama matka Ziemia.

Krople opadały z wolna jedna po drugiej okazując piękno, czas i naturę, rzeczy czasem równie proste co i niepojętne. Jedna z kropel rozprysła się na tysiące drobnych cząsteczek uderzając o gęste futro ogromnego, groźnie wyglądającego stworzenia. Trzy metry, potężne, długie szpony, które mogłyby zabić o wiele szybciej aniżeli jakikolwiek miecz, straszliwa paszcza mająca w granicy czterdziestu zębów, które wyglądem bardziej przypominały kły. Owe zęby były zakrzywione do wewnątrz tak aby po złapaniu swej ofiary mogły wyszarpać pokaźną część jej ciała, jednak rzeczą najgroźniejszą był węch bestii, węch prawdziwego, zwierzęcego myśliwego, który nigdy go nie zawiódł. I w tej właśnie chwili ten właśnie zmysł uświadomił jej że ktoś znajduje się w jej pobliżu i to w miejscu, przez które niedawno przechodziła. Nieznajomy bał się go, potrafił to wyczuć, pędem zaczął biec w kierunku swej przyszłej ofiary, głód narastał, lecz nie głód żołądka, choć ten też był nie mały, a głód krwi, krwi której nie czuł już od dobrych paru dni, wydających mu się wiekami, a które były tylko drobnym upływem czasu w porównaniu z obecnymi strasznie wydłużającymi się stuleciami. W czasie biegu gałęzie łamały się pod ciężarem jego łap, jednak on nawet ich nie słyszał, niesiony swym głodem. Gdy w końcu wyłonił się z gęstych krzaków, ujrzał swą ofiarę, mimo jego niezbyt dobrego wzroku spowitego czerwoną mgłą widział że jego zdobycz jest słaba, niska, drobna, choć trzymająca w swym ręku kij. Kij który potrafił wyrzucać mniejsze kije wbijające się w ciało, powodując ból, jednak nigdy nie śmierć. Właśnie jeden z tych mniejszych kijów wbił się w brzuch myśliwego, powodując ryk gniewu, że ofiara śmie się bronić, że ma czelność próbować przeżyć. Czerwona mgła nasiliła się, szybkim susem skoczył na swą zdobycz zamac*****ąc się swymi szponami które cięły tylko powietrze, stwór walczący kijem zdołał odskoczyć przed jego uderzeniem, ale ten manewr udawał się wielokrotnie jego przeciwnikom i instynktownie lądując wykonał szybki obrót uderzając znowu swą łapą, zdołał jednak tylko zahaczyć szponem o głowę ofiary, nie wiedział skąd, ani jak stwór zdołał rzucić drugi kij, który wbił mu się klatkę piersiową. Poczuł ból i jeszcze potężniejszy gniew, z jego gardzieli wydobył się ryk, ryk ten jednak szybko umilkł, gdy myśliwy zorientował się że ten słaby cios zdołał zabić swój cel. Woń jego krwi unosiła się w powietrzu, pachnąc słodkawo i delikatnie, owy zapach upajał zwycięzcę, lekko swym szorstkim językiem skosztował krwi swej ofiary, smak był wspaniały, powodujący podniecenie i jeszcze większe pożądanie zaspokojenia głodu zaspokojenia. Otwarł swą paszczę i wgryzł się w jego krtań, gdyż wiedział że to miejsce jest najsmaczniejsze. Delikatne miękkie mięso wbijało się między zęby, czuł jak krew w tym właśnie miejscu pulsuje tryska do wnętrza jego paszczy po czym wycieka między zębami spływając po futrze aż do ziemi, było to najpiękniejsze uczucie jakie owy myśliwy znał. Gdy przełknął pierwszy kęs dźwignął swój łeb i wydobył z swej krtani krzyk tak głośny że rozniósł się na całą chatę, a nawet poza nią. Bojmił otworzył w krzyku swe oczy i po chwili zorientował się że to był sen, a on sam znajduje się w chacie w wiosce. Głowa strasznie go bolała, ręką próbował dotknąć swego policzka jednak poczuł grubą warstwę bandaży. A więc to była prawda, znaczy się ten pierwszy wydający się snem, bo ten drugi był naprawdę tylko koszmarem. Ale skoro to był tylko koszmar to dlaczego nawet delikatne promyki słońca wbijające się do pokoiku przez małe okienko wydają się przesączone krwią?...

Jednakże nawet jeśli ktoś znał odpowiedź, to jej nie udzielał. A może ta osoba sama jej nie znała, albo po prostu nie chciało jej się ją udzielać setny raz.[/b]
Ten nasz świat to istny narreturn ;)

Offline Leliel

  • Nowy Forumowicz
  • **
  • Wiadomości: 10
Karczma pod ,,Gitarą i piórem"opowiadania.
« Odpowiedź #2 dnia: 02.11.2004 22:41 »
...nadchodzi noc...
...głupcze ryzykujesz duszą...
...a nieumarli powrócą do ciebie...

Póki cień poda na twą twarz
Póki widzisz, choć zmrok zapadł
Póki wiesz, że to TY

Uciekaj łajdaku
...
Niech spłonie...
...uratujesz duszę !


  Drewniany. Wykonany z prawdziwą finezją. Solidny. Nietknięty pomimo dziesiątek lat stania dokładnie w jednym miejscu, Tu, pod gołym niebem, Tu, na rozdrożu, Tu, gdzie trzy ścieżki prowadzą w wielu kierunkach, Tu, wbity w ziemię obok kamiennego nagrobka.
Wystający dumnie ponad symbol śmierci. Błyszczy swą doskonałą powierzchnią, STRASZĄC, wszystkich wokół.
  Pamiętał lepsze czasy. Przepiękny warsztat cieśli, skąpany w słońcu; miejsce, w którym zawsze pachniało leszczyną. Kamienne mury, zimne i niedostępne; wewnątrz których znajdował się ołtarz, błyszczący ferią kolorów od witraży umieszczonych w oknach. To były szczęśliwe dni, pełne niewiedzy, beztroski i co najgorsze – nieświadome.
  Dlaczego się to zmieniło? Czy była to zmiana na lepsze?

„Będziesz Przeklęstwem!”
„Jesteś Błogosławieństwem!”

  Były to pierwsze słowa, jakie „usłyszałem”. Egoistyczny i zarazem fanatyczny „ktoś”, trzymał mnie uniesionego ponad głowę i wykrzykiwał. Raz po raz to samo. Jego głos uderzał o ściany i wracał nieprawdopodobnie wzmocniony, dudnił! Dźwięczał tak mocno, że powtórzony dziesięciokroć wyprał z mózgów słuchaczy resztki rozumu. Czymże była ofiara kilku spasionych mnichów za nowe życie. Moje życie.
  Późniejsze kłótnie, wrzaski, przepychanki. Mój stwórca próbował się tłumaczyć. Wmawiał tępym wieśniakom jakobym był lekarstwem na chorobę, która nęka tą ziemię. Biedak był chyba bardziej obłąkany niż zdawało się to ludziom, którzy go ukamienowali.
  Pierwszy kamień opuścił dłoń opata wioski i poszybował ku przeznaczeniu, tak, by zrujnować dzieło Matki natury. Cóż za ironia losu. Czyżby świętobliwy nie miał swego udziału w tym, co zaszło. Nie sądzę, a jednak to on był pierwszy...

  Późniejsze dni były okrutne. Spędziłem wiele czasu zapomniany przez świat, leżąc na zgrzybiałej komodzie w niewielkim pokoiku na tyłach świątyni, zamknięty, dokładnie tam, gdzie wyrzuca się stare przedmioty. Wiele czasu zajęło mi uświadomienie sobie siebie. Musiałem docenić dar, którym mnie obdarzono. Matka był mi ojciec, a nasieniem dusze i myśli wyrwane przemocą z mózgów prostych ludzi. Fe! Na samą myśl robi mi się niedobrze. Brudne, chełpliwe i konserwatywne myśli schowane pod płaszczykiem „dobrodusznego ojca”. Gdyby choć jeden z nich był uczciwy nie doszłoby do tego. A jednak...

  Stało się to w niedziele, koło południa, zaraz po drugiej mszy. Właśnie biły dzwony na wieży kościelnej, gdy drzwi komórki rozwarły się z hukiem. „Ujrzałem” wtedy jednego z tych śmierdzących chłopów, których zgniłe zęby, poszarpane ubranie i zniszczone harówą ciało pokazywały, z kim się ma do czynienia. Szybko zrozumiałem swój błąd. Od kilku chwil chłop ten, spoglądał na świat inaczej. Czerwona z wściekłości twarz, szmaciana torba, przerzucona przez plecy, zapełniona relikwiami, ze złota i srebra i mocno zaciśnięta dłoń na rękojeści miecza. Desperacja mojego nowego przyszłego właściciela była oczywista. Skradziony miecz był cenny sam w sobie, lecz tylko dla doświadczonego rębajły. Solidna budowa broni bezpośrednio wskazywała na trzymanie i używanie tego narzędzia oburęcznie. Jego to nie zrażało. Kilkoma susami dopadł najbliższego rzędu ław kościelnych i machając na odlew płazem miecza torował sobie drogę ku wyjściu. Zatrzymał się jednak, podniosł mnie w górę i unosząc broń niczym heroiczny paladyn broniący imienia wiary począł kląć na Boga  : „ tak jak zdradził mnie przyjaciel, tak ja zdradzę teraz miasto”. Stał tak niczym piekielny anioł wznosząc swe wrzaski ku niebiosom. Wtedy stało się najgorsze. Na czele bandy uzbrojonych w widły i kosy wieśniaków wpadła do świątyni żona burmistrza wykrzykując inwektywy i każąc się poddać „prostakowi”. Poczułem jak w jego żyłach zawrzała krew. Tnąc mieczem runął z furią ku wyjściu. Los chciał, żeby przywódczyni „straży” otrzymała śmiertelne cięcie w chwili, gdy jej uszu sięgnęły słowa : „Dziwko ! Nic nie rozumiesz!”
Wtedy zrozumiałem. I byłem przerażony.

  Powoli, lecz nieubłaganie zbliżała się noc. Mój przyszły pan już dawno zgubił miecz i kosztowności. Szaleńczy bieg wyczerpał go do cna, resztkami sił przedzierał się przez las, raniąc swe ciało drobnymi gałęziami. Teraz wyglądał i był męczennikiem. Wyczerpany opadł na ziemię i oparł się o kamień. Tak usnął. Na wieki.
  Uścisk zelżał i swobodnie „wyśliznąłem” mu się z dłoni. Pierwszy raz w „życiu” poczułem niewygodę. Leżałem w błocie, co chwilę kapały na mnie krople krwi z niewielkich ran na jego ciele, a dookoła trwała ciemność nocy. Wtedy nadszedł.
  Stał w mroku spokojny i niewzruszony. Przyjrzał się memu panu i lekko uśmiechnął obnażając blade wargi. Patrzył tak chwilę i ... schylił się...

  Któż mógł przewidzieć efekt, który wywoła krew śmiertelnika w połączeniu z mą mocą. Gdy się przebudził był moim panem. Ograniczałem go jako jedyna rzecz na tym świecie. Musi wracać co noc w miejsce swych narodzin i swej śmierci. Zyskał moją moc i moc swej pierwszej „ofiary”. Jest wszechpotężny i ma jeden cel – wieczną zemstę. Mów, co chcesz. Mam swoją teorię. Mój pan, gdy się przebudził wyrył paznokciem na kamieniu słowa ostrzeżenia, wydał mi się wtedy istotą boską. I co, śmiertelniku, jak nazwiesz mego pana; nie wiesz, zobaczysz, kto po ciebie przyjdzie po śmierci.

Poczekaj,...,nieustannie
Dlaczego...stojąc tutaj
Poczekaj,... i pochłoną twą duszę.

...

Gdy będzie zbyt późno
...twe ciało
może...

Offline Leliel

  • Nowy Forumowicz
  • **
  • Wiadomości: 10
Karczma pod ,,Gitarą i piórem"opowiadania.
« Odpowiedź #3 dnia: 14.11.2004 11:12 »
Ten tekst nie jest mój, napisała go moja przyjaciółka
(Ninja :) ), tak więc miłej lektury :

A wszystko zaczęło się tak zwyczajnie. Przyszła na świat w samotności, nie doznając żadnego ciepła. Od początku sama musiała o siebie troszczyć, ponieważ nikogo obok niej nie było. Wpierw czuła się nieszczęśliwa i osamotniona, lecz po jakimś czasie już do tego przywykła. Nie przerażały jej już długie, monotonne, wypełnione pustką dni ani mroczne noce. Nie chciała już uciekać jak najdalej stąd, choćby na koniec świata. Pogodziła się ze swym losem i choć zupełnie nic się nie zmieniło, choć nadal była zagubiona i samotna, postanowiła zacząć czerpać ze swojego istnienia wszystko co najlepsze. Starała się cieszyć ze wstającego co dzień słońca, wygrzewać się w jego cieplutkich promykach, wieczorami oglądać jego piękne zachody, a w nocy, kiedy stawało się niezwykle ciemno i, chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, jeszcze bardziej pusto niż za dnia, gdy nie mogła zasnąć, przyglądała się innym pogrążonym we śnie. Zastanawiała się wtedy, czy tylko ona jest taka samotna, czy też pozostałe nie dają tego po sobie poznać. Wszystkie delikatnie migały swym wewnętrznym blaskiem, lecz nie widziała, czy drżą z zimna, czy też z przerażenia. Lecz ona wszystkie straszne myśli starała się zmienić na choć odrobinę bardziej optymistyczne i coraz częściej jej się to udawało. Po jakimś czasie zaczęła się nawet uśmiechać, z czego była naprawdę dumna. I kiedy już prawie mogła nazwać się szczęśliwą, musiała umrzeć. To komuś, tam u góry pomylił się czas jej narodzin i aby nie burzyć porządku świata musiała zasnąć. Nie miało znaczenia, że już żyła, że zaczęło jej się to życie podobać. Odgórne nakazy były bezwzględne, a ona była tylko pojedynczą istotą, przez którą przecież nie można zmieniać zapisanych już kart historii. Nie miała cienia szansy, by przeżyć. Dziewczynka. Mała.

Offline Bloody

  • Global Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 1343
Karczma pod ,,Gitarą i piórem"opowiadania.
« Odpowiedź #4 dnia: 19.10.2007 18:48 »
Historyjka napisana na potrzeby gry MMORPG z dwa lata temu. Jako ze karczma lekko odżyła to postanowiłem to wkleić.


Invictius

Gdy tylko sięgnę owego wspomnienia, wydawać by się mogło ze wczoraj to było, dzień jakże dla mnie ważny, dzień który odmienił całe me życie. Dnia tego, który to i słoneczny był, promienie wbijały się do wnętrza świątyni rozświetlając całe jej wnętrze różnobarwnymi kolorami. To kolorowe witraże, ów efekt dokonywały, choć któż wie czy i sam stwórca nie miał w tym swego dzieła. Na wprost mnie  za ołtarzem znajdował się biskup, który dokonywał moim klerykalnych święceń. Nie widziałem go, ma twarz była przez cały ten czas odwrócona w kierunku olbrzymiego posągu przedstawiającego pana naszego, tego który świat nasz i lud świata tego pod opiekę swą wziął. Wielkie to dzieło i wielkie zobowiązanie, dlatego i jak z czystości serca postanowiłem służyć w podzięce mu wiernie. Wierzę w to że ogień dobra w sercu nosze, że będę miał siłę by służyć dobrej sprawie naszej wiary. Gdy tak leżałem przed ołtarzem z rozpostartymi rękoma, czułem zimno marmurowej posadzki, lecz ciepło z serca mego przepełnionego wiarą powodowało że było dla mnie równie odległe jak najodleglejsze wspomnienia z dzieciństwa.   Choć od tego czasu minął już rok, wciąż czuję w sobie równie silną wiarę co i wtedy, moc boska która daje mi siłę by walczyć o lepszy świat w którym zło nie ma większego bytu aniżeli jest to potrzebne, by niektórzy wiedzieli że coś takiego jak zło istnieje, oraz że należy w nim walczyć. Ja Invictius zaprzysięgłem walczyć magią i słowem, przeciwko temu co złe, słowa tego dotrzymam choćby i śmierć sama miała w oczy mi zajrzeć, bo milsza mi śmierć owa niźli zdrada wobec stwórcy mego..

                                                        *   *   *   *   *   *

W oddali było widać za wzgórzem kilka słupków dymu wskazujących leżącą  tam wioskę, dwaj wędrowcy spojrzeli na wprost przed siebie, jeden z nich potężnie zbudowany barbarzyńca poprawił swój topór na plecach, nie uszło to jednak uwadze drugiego.
- Cóż to Odolanie, widzę jakoby to topór cię świerzbił – to mówiąc kapłan spojrzał na barbarzyńcę uśmiechając przy tym się lekko.
- Ach nie, nie, tylko poprawić musiałem bo uwierał mnie w plecy, nie jestem takim rzeźnikiem jakim to ludzie mnie uznają widząc mnie pierwszy raz na swe oczy, topór wyciągam tylko wtedy gdy zachodzi taka potrzeba, gdy bronić ludzi trzeba, albo i ukarać kogoś kto zło czyni innym.
- Wiem Odolanie, dobrze już twą naturę poznałem  w czasie tych naszych wędrówek, dlatego też miło cię mieć za kompana, tak samo jak ja rozumujesz i tak samo jak ja zła nienawidzisz.
- Nie do końca, bo w tobie fanatyzm siedzi, a ja zwykły człek który świat by lepszym chciał widzieć.
- Ja fanatyk? -spojrzał na Odolana zdziwiony – Ja tylko słowo i sprawiedliwość naszego boga niosę, los ludzi zwykłych odmieniam, daję im wiarę i naprowadzam na jedyną słuszną drogę życia.
- O tym właśnie mówię – to rzekłszy uśmiechnął się do kapłana pod wąsem.

Kapłan nie odpowiedział już na tą zaczepkę, przed nimi ukazała się wioska w całej swej okazałości. Leżała po środku niewielkiej doliny, wokoło otoczona była polami uprawnymi, mocno pożółkłymi, gotowymi już do zbiorów, tylko patrzeć jak rozpoczną się sianokosy. Od północnej strony z kolei ze dwa tysiączki kroków, widać było gęsty las w głąb którego kierowała się droga, ta którą obecnie dwaj wędrowcy szli.

- Wieczór się zbliża Invictiusie, myślę że rozsądnie by było zatrzymać się w tej wiosce na noc, a z rana ruszyć dalej – zaproponował Odolan
- Racja, zresztą trza języka zaciągnąć w karczmie czy nie słyszeli o złu jakowymś, które by trzeba wytępić, albo czy im pomocy kapłana nie trzeba, pobłogosławić kogoś, albo ducha złego wypędzić. Wierz mi Odolanie, w najmniej oczekiwanych miejscach zło idzie znaleźć, czai się w domach z pozoru niby spokojnych. Duch zły do złego namawia, każdą sposobność wykorzystując, serce trzeba mieć przeto czyste i w bogu naszym wiarę pokładać, a ten nam ochronę da i siłę by walczyć w podszeptami, które na co dzień od czorta słyszymy.
- Komplikujesz sprawę, ale fakt że masz dużo racji.
- Pamiętaj Odolanie, racja zawsze jest po stronie boga – słowa te wypowiedział powoli, mocniejszym tonem, starając się zaznaczyć ich wartość.

Dalsza rozmowa jednak została przerwana, gdyż zaczęli mijać już pierwsze domy. Jakiś dziadyga, siedział przy jednej z nich, na małej drewnianej ławie, w ręku trzymał kozik i kawałek drewna, coś skrobał, przerwał jednak swą pracę zauważywszy dwóch wędrowców, a gdy koło niego przechodzili skłonił się do kapłana, widząc znak słońca na jego piersi, symbol boży.
Kapłan również skłonił się lekko – Witaj starcze, gdzie że tu możemy karczmę znaleźć?
- A witojcie, witojcie mości wielebny – odrzekł staruszek – karczmę to znajdziecie na wprost, po prawej stronie, zarozki naprzeciwko studni – to mówiąc wskazał kozikiem na wprost jak kierowała droga.
- Dziękuje  - odrzekł, po czym obydwoje ruszyli we wskazanym kierunku. Ludziska spoglądali na nich gdy przechodzili obok, jedni skłaniali się do kapłana, spoglądając przy tym z  dystansem  na potężny topór barbarzyńcy.
Przed karczmą nie dostrzegli nikogo, barbarzyńca zbliżył się i uchylił
drzwi, z wewnątrz dobiegł ich zapach smażonej kaszy.
- No, od takich zapachów to od razu człowieka apetyt bierze – rzekł z uśmiechem Odolan – zwłaszcza po takiej podróży.
- Choć raz dobrze gadasz. Karczmarzu!  - krzyknął przez całą salę - zapodajcie no jakąś strawę, najlepiej niech ta kasza będzie co ją po całej karczmie czuć, tylko skwarek nie żałujcie bo płacić czym mamy.
- Karczmarz ucieszony że klientów ma, zatarł ręce – Ależ oczywiście, zaraz wam podam dwie michy ciepłej kaszy. A napitek jakiś do tego dać?
Tutaj Odolan uprzedził kapłana, nim ten zdołał się odezwać – A jak, piwo być musi, tylko niechaj zimne będzie prosto z piwniczki, a nie te ciepłe siki które pod szynkwasem trzymasz.
- Ależ ma się rozumieć - odrzekł karczmarz ze sztucznym uśmiechem na twarzy – Ci to mają psia kość wymagania – dodał pod nosem wychodząc z sali.

Po chwili wrócił niosąc dwie michy strawy oraz dwa kufle zimnego piwa, długo nie trwało jak strawa znikła z półmisek,  Invictius dopił jeszcze piwo po czym mlaskał z zadowolenia gładząc się po brzuchu – Dobrze jest tak czasami zatrzymać się w karczmie i dobrze podjeść, a nie ciągle te suchary, karczmarzu podejdźcie no tu – skinął na niego ręką.
- Czym jeszcze mogę służyć?
- Ano wieściami jakowymi, czy w wiosce żywot spokojny, czy zło jakie spokoju owego nie zakłóca.
- Cóż, jeśli o to pytacie to i owszem, w wiosce niepokój jest pewien.
- Jaki? – zapytał od razu z zaciekawieniem kapłan.
- No cóż, w nocy dziwne rzeczy się dzieją, ludziska niektórzy mówią ze poczware jakową widzieli, kozy i owce z zagród znikają, a i drwal od wczoraj z lasu nie wrócił, ludzie się niepokoją.
- A widzisz Odolanie, bóg nam tu drogę wskazał, byśmy zło mogli zwalczyć i ludziom żywot dać spokojny, oraz by wiarę  ich pokrzepić, siłę pana naszego ukazać.
- Rzekłbym ze to droga nas tu przywiodła, lecz nie będę się o to z tobą teraz kłócił.
- Brak wiary w przeznaczenie jakie nam bóg wypisuje, w twych słowach słyszę, pewnym być możesz że ci to potem wypomnę, teraz nie czas na to. Mów dalej karczmarzu – skierował swój wzrok z powrotem na karczmarza.
- No cóż, mówią ludziska że poczwarę jakowaś widzieli, wygląda niczym cień i niczym cień się po nocy skrada, nikt nie wie cóż być to może.
- A ślady jakieś – dopytywał Odolan – powinny zostać jeśli po wiosce chodził.
- No właśnie nic nie zostaje – wydaje się jakby ciała nie miał, tylko cień, widać, a nie słychać, ani nie czuć, a i śladów nad rankiem żadnych nie widać.
- Dziw jaki, dzieło piekielne jak nic – rzekł pewny swych słów kapłan – ale zapewnić mogę że sprawą tą się zajmiemy i to najlepiej jeszcze tej nocy.
Odolan spojrzał na niego krzywo, fakt że pomagał ludziom tak samo jak on, lecz z reguły lubił też być za to wynagradzany, w końcu za darmo raczej ciężko w karczmarz o gościnę czy strawę, nie wspominając o innych wydatkach.
- Ale to oczywiście za darmo nie będzie – wtrącił się w słowo – mam nadzieję że za pokonanie tej straszliwej bestyji coś się znajdzie.
- No oczywiście że coś będzie - odrzekł karczmarz trochę jakby zawiedziony.
- Zapłaty za to nie żądamy – znowu wtrącił się Invictius, ściągając na siebie gromy z oczu Odolana – lecz skoro chcecie coś ofiarować za bożą pomoc, to jak najbardziej przyjmiemy, bóg zresztą będzie was za to mieć w swojej opiece.
- No tak, ale będę musiał jeszcze porozmawiać z ludźmi z wioski, sam wiele nie mam, poczęstunek i nocleg za darmo rzecz jasna, ale w sprawie dukatów to z innymi musze pogadać.
- Nie krępujcie się karczmarzu, idźcie i porozmawiajcie. Ja z Invictiusem w tym czasie rozejrzymy się po wiosce.

•   * * * * * *



 
Stali koło siebie, spoglądając na zawieszony na drzewie kawał mięcha.
- Odolanie, myślisz że demon skusi się na ten ociekający krwią ochłap?
- No wiesz, skoro znikały owce i kozy to na pewno nie jest wegetarianinem. Zresztą zobacz jak to smakowicie wygląda – to mówiąc wskazał palcem na wiszące ścierwo.
- No wiesz, ja bym tego nie tknął choćbym i z głodu miał umierać, jeśli wieśniacy chcieli by im pomóc to mogli się bardziej postarać, a nie dawać coś takiego.
- Myślę że dla bestyji to nieistotne i tak się skusi zapachem krwi, ale na razie to musimy się rozdzielić, ty go pogonisz w moim kierunku gdy się pojawi.
- Oczywiście bóg da mi moc, jak dobrze pójdzie to samym boskim światłem go zniszczę – To mówiąc skierował swe ręce w górę jakby już chciał dziękować swemu stwórcy za pokonanie bestii.
- Od światła to jeszcze nikt nie umarł, czasami mi się wydaje zbyt wiele wiary pokładasz w bogu, bestie trzeba ubić własnymi rękami, bóg nas w tym nie wyręczy.
- Ale to on właśnie da nam siłę owo zło pokonać. Odolanie nie grzesz słowem i nie popadaj w pychę, to że masz potężny topór oraz mięśnie ze stali nie czyni cię bohaterem, tylko przy boskiej pomocy masz na to szansę. Bez niego jesteś tylko jak niedźwiedź, który tak długo jest myśliwym aż jego ktoś nie upoluje.

Odolan westchnął słysząc podobną już mowę któryś raz z kolei odkąd razem wędrowali – Nieważne ja idę na drugą stronę drzewa, wiesz co masz robić, zatem powodzenia.
- A ja ci życzę opatrzności boskiej, miast powodzenia, to o wiele cenniejsze.

Barbarzyńca już jednak nie odpowiedział, wolnym, cichym krokiem ruszył w kierunku chaty znajdującej się po drugiej stronie drzewa. Tam siadł w cieniu oczekując na wydarzenia które miały nastąpić.

Invictius bezgłośnie zaczął modlić się do swego pana, prosząc go o siłę i powodzenie w boju.  W górze dało się dostrzec księżyc, był w całej swej okazałości, jego srebrnobiałe światło oświetlało dokładnie owe drzewo na którym wisiało zawieszone ścierwo, po za tym tylko cisza, gdzieniegdzie rozchodził się jakiś pisk nietoperza, lecz to było gdzieś w oddali. W myślach kapłana zaświtała myśl, a cóż jeśli owym cieniem jest nie kto inny jak wampir. Taką bestie raczej trudno by było zabić, lecz po chwili sam siebie zganił za brak wiary w boską pomoc. Ogólnie czuł się trochę dziwnie w tym czarnej pelerynie którą dostał od karczmarza, to Odolan nalegał by ją ubrał twierdząc ze jasno niebieska kapłańska tunika może być widoczna w nocnym mroku.
Dlaczego tylko on sam przez to czuł się jak jakiś charakter spod ciemnej gwiazdy?
Te przemyślenia oraz nocną ciszę przerwał dźwięk w góry, z dachu. Jedna z desek zaskrzypiała pod ciężarem jaki na nią oddziaływał. Potężna owłosione cielsko opadło dwa metry przed Invictiusem, drapieżnik miał ze trzy metry wzrostu, jego łapy były zakończone olbrzymimi szponami, to wszystko co był w stanie zauważyć gdyż bestia była odwrócona do niego tyłem. Poczuł jak strach, zaczyna opanowywać jego ciało, mimowolnie wrócił do modlitwy, jakby dziękując ze bestia stojąc tyłem go nie widzi, nic więcej jednak nie uczynił, nic zresztą uczynić nie mógł, nie znał przecież zaklęć które potrafiły by bestię uśmiercić.
Stwór pomimo swej olbrzymiej postury, lekkim i cichym krokiem ruszył dalej, rozglądając się dookoła. Piana kapała z jego szczęki, wyposażonej w gęsty szereg pożółkłych kłów, teraz to i Odolan go dostrzegł, wiedział ze przeprawa z nim do łatwych należeć nie będzie. Pomimo znacznej odległości dało się dostrzec czerwono krwiste oczy, pałające rządzą krwi, wydawać by się mogło ze to one a nie długi jęzor miały by chłeptać krew ewentualnej ofiary. Na tle księżyca, było go doskonale widać, gdy to stanął koło ścierwa, które zaczął obwąchiwać oraz zlizywać z niego krew. Przewidywania Odolana były słuszne, to krew przyciągnęła tutaj tą bestię, kapłan wstał i  po cichu wykonał kilka kroków wyłaniając się tym samym z cienia chaty. Skierował w stronę stwora swoją dłoń z jego ust dało się dosłyszeć wypowiadaną formułę zaklęcia, bestia błyskawicznie odwróciła się w jego kierunku, nim jednak zdołała wykonać cokolwiek więcej z dłoni kapłana wystrzelił strumień światła, z ust stwora dobiegł ryk bólu, to był moment na który czekał Odolan, unosząc w górę swój potężny topór z okrzykiem ruszył do ataku, bestia jednak w ostatniej chwili zdołała uskoczyć przed potężnym ciosem barbarzyńcy, ostrze topora tylko lekko raniło przeciwnika w ramię. Nie czekają na kolejny cios, stwór zaczął uciekać między chaty, gdzie nie oślepiało go światło kapłana. Odolan jednak nie pozwolił bestii uciec, biegiem ruszył za nią dopadając ją przy ścianie chaty, topór zagłębił się w barku potwora, ostrze weszło głęboko, gdyby nie ciemności na twarzy barbarzyńcy dało by się dostrzec lekki uśmieszek, ta chwila tryumfu przez drobną chwilę uśpiła jego czujność, pomimo wbitego ostrza, bestia błyskawicznie doskoczyła do niego łapiąc go swymi potężnymi łapami, unieruchamiając tym samym. Barbarzyńca napiął z całej siły swe mięśnie próbując uwolnić się z uścisku bestii, bezskutecznie. Szybko wykonał jeszcze kopniecie z kolana w brzuch przeciwnika, lecz gęste furto zamortyzowało jego siłę, potężne żółte kły zagłębiły się w szyi Odolana, z jego gardła dało się dosłyszeć dławiący ryk bólu, krew pulsowała, bestia to czuła, dawało jej to niesamowitą wprost przyjemność. Invictius pobiegł za nimi, lecz nim zdążył dobiec dostrzegł jak stwór wbija kły w szyje jego przyjaciela, wiedział ze czary uzdrawiające już tu nie pomogą, a jedynie przedłużą jego mękę. Krew pulsowała coraz słabiej, tak samo jak coraz wolniej biło serce barbarzyńcy, a gdy stwór poczuł że te przestało już bić, puścił on ciało nieszczęśnika, a to bezwładnie upadło na ziemię. Straszliwy ryk zwycięstwa roztargał nocną ciszę, mrożąc krew w żyłach wszystkich mieszkańców wioski. Kapłan w tym czasie biegł ile tylko miał sił, jak najdalej od bestii, znalazł jakąś opuszczoną chatę, wbiegł do jej środka i szybko zatrzasnął za sobą drzwi.  Tylko nieznaczne światło przebijające się przez zamknięte okiennice rozświetlało mrok owego pomieszczenia. Invictius na prędko wyciągnął z kieszeni jakąś białą kulę, i trzymając ją w dłoni pośpiesznie wypowiadał formułę zaklęcia, jego dłoń drżała, a serce waliło młotem, nie pamiętał już chyba kiedy ostatnio tak jak teraz czuł bliskość zbliżającej się śmierci. Słaby strop chaty zawalił się nagle pod ciężarem bestii, pełne krwi oczy spojrzały na kapłana, ten uniósł tylko głowę kierując wzrok w jej kierunku, z jego ust dało się dosłyszeć tylko ostatnie słowa – Boże, miej nas w swej opiece – więcej już rzec nie zdołał, bestia błyskawicznie doskoczyła do jego szyi, z ust kapłana wydobył się okrzyk przerażenia, krew znowu tryskała w ustach bestii, dając jej tym samym nieopisaną wręcz rozkosz, a gdy i to ciało opadło bezwładnie, noc po raz kolejny roztargał ryk bestii i tak samo jak poprzednio tak i teraz siał strach w sercach spokojnych mieszkańców wioski, potem była już tylko cisza…


•   * * * * * * * * *


Płomienie łojowych świec, poruszały się lekko pod wpływem wiatru wydobywającego się miedzy szparami w deskach, powodowało to że cienie zgromadzonych osób kołysały się delikatnie. To, jak i spokój zgromadzonych przerwała nagła światłość, z ust ludzi wydobył się jęk strachu przed nieznanym, po chwili jednak blask opadł, oczy kapłana otworzyły się. Po raz kolejny na sali dało się dosłyszeć jęk zgromadzonych, Invictius podniósł swój tułów najpierw spoglądając na swe ciało jakby sprawdzając czy naprawdę żyje, potem zaczął się rozglądać, aż w końcu dostrzegł leżącego obok Odolana. Ten miał wyciągnięte w górę dłonie, które prędko powędrowały w kierunku szyi, jakby szukając śladów po zębach bestii, nie znajdując nic takiego spojrzał na przyjaciela. Najpierw na jego twarz, a potem na wciąż jeszcze delikatnie świecącą białą kulę, nadal trzymaną w dłoni Invictiusa. W jego oczach można było dostrzec zrozumienie, a na ustach niepewny uśmiech.
- Psia jucha, a jednak trzeba będzie płacić za strawę.
- To twoja wina, ile razy ci gadałem byś nie krzyczał atakując wroga zza jego pleców – zwrócił uwagę kapłan, ściągają tym samym po raz kolejny na siebie gromy z oczu barbarzyńcy.
Ten nasz świat to istny narreturn ;)